Inwazyjny agresor atakuje europejskie pasieki
Latem potrafią zamienić pasiekę w pole bitwy, a pszczoły miodne bez ludzkiej pomocy nie mają przeciwko nim najmniejszych szans. Jeden francuski pszczelarz postanowił jednak nie stać bezczynnie i sięgnął po technologię rodem ze szpiegowskiego filmu.
Inwazyjne azjatyckie szerszenie rozprzestrzeniają się po Europie, zbliżając się coraz bardziej do polskich granic. Atakują pszczoły miodne, siją spustoszenie w ulach i w skrajnych przypadkach mogą doprowadzić do całkowitej zagłady całej pasieki. Zamiast skupiać się wyłącznie na biernej obronie, pewien pszczelarz z Francji opracował metodę tropienia napastników aż do ich gniazd i eliminowania problemu u samego źródła.
Jak azjatycki szerszeń niszczy pszczelą kolonię
Azjatycki szerszeń to gatunek inwazyjny, który trafił do Europy piętnaście lat temu. Naukowcy i entomolodzy uznają go za poważne zagrożenie dla całego ekosystemu zapylania. Ten drapieżny owad atakuje w bardzo charakterystyczny sposób — unosi się w powietrzu tuż przed wylotem z ula i czeka na swoją ofiarę.
Gdy pszczoła wraca z pyłkiem lub nektarem, szerszeń błyskawicznie ją chwyta. Odgryza jej głowę i odwłok, a do gniazda zanosi wyłącznie tułów — część bogatą w białko, idealną do karmienia larw. Dla pojedynczej pszczoły oznacza to koniec życia, dla całej kolonii zaś dopiero początek poważnych kłopotów.
Ule pozostające pod ciągłym atakiem drapieżników funkcjonują w permanentnym stanie alarmu. Pszczoły coraz rzadziej opuszczają ul, ograniczają loty po nektar i pyłek, a zapasy w plastrach szybko topnieją. Jeśli ten stan trwa dłużej, rodzina wchodzi osłabiona w zimę i część kolonii jej nie przeżywa. Stały szpaler szerszeni przed wylotem oznacza mniej pożytków, niższe plony miodu i realne ryzyko, że cała pszczela rodzina nie dotrwa do końca sezonu.
Jak pszczelarz zmienił role i sam stał się łowcą
W regionie Haut-Rhin we wschodniej Francji pewien pszczelarz postanowił odwrócić sytuację i samodzielnie polować na szerszenie. Zamiast koncentrować się jedynie na pułapkach przy ulach, opracował sposób na odnajdywanie gniazd szkodników przy użyciu elektroniki i optyki.
Najpierw chwyta pojedynczego szerszenia w okolicach pasieki i tymczasowo usypia go gazem. Gdy owad przestaje być aktywny, pszczelarz przyczepia mu miniaturowy nadajnik emitujący sygnał dźwiękowy lub radiowy. Cały znacznik waży tak niewiele, że po przebudzeniu szerszeń bez trudu odlatuje z powrotem do swojego gniazda.
W kolejnym kroku do akcji wkracza zaawansowany sprzęt: antena kierunkowa przypominająca telewizyjną, podłączona do smartfona. Urządzenie wychwytuje sygnał z mininadajnika przyczepionego do owada. Pszczelarz, niczym uczestnik zawodów w radiopelengacji, powoli zbliża się do miejsca, gdzie wskaźnik na telefonie pokazuje najsilniejszy sygnał.
Metoda działa jak podsłuch szerszenia: mała elektronika nadaje sygnał, a pszczelarz podąża jego śladem aż do ukrytego gniazda. Gdy ma już przybliżony kierunek, sięga po kolejny gadżet — lornetkę termowizyjną. Dzięki niej znacznie łatwiej lokalizuje samo gniazdo, na przykład wysoko w koronach drzew lub pod dachami budynków, ponieważ skupisko owadów termicznie wyraźnie odróżnia się od otoczenia.
Po zlokalizowaniu konstrukcji pozostaje już tylko jedno — bezpiecznie ją unieszkodliwić, zanim wyprodukuje nowe królowe. Badacze z uniwersytetów we Francji i Hiszpanii potwierdzają, że takie podejście znacząco obniża lokalną populację inwazyjnych szerszeni i chroni całe rejony pszczelarskie.
Dlaczego tak ważne jest szybkie zniszczenie pierwszego gniazda
Kluczowy jest moment, w którym uda się odnaleźć tak zwane gniazdo pierwotne. To pierwsza, mniejsza struktura budowana wiosną przez jedną królową. Z zewnątrz często przypomina małą szarą kulę z papieru, ukrytą w krzewach, szopach lub pod okapami budynków.
Właśnie z takiego pierwszego gniazda pod koniec lata wylatują kolejne samice zdolne do zakładania nowych kolonii. Każda z nich może w następnym roku założyć kolejne, znacznie większe siedlisko z dziesiątkami tysięcy robotnic. Jeśli gniazdo pierwotne przetrwa, skala problemu rośnie lawinowo.
Usunięcie jednego wczesnego gniazda azjatyckich szerszeni może sprawić, że w następnym roku w okolicy nie powstanie kilkadziesiąt nowych kolonii liczących tysiące osobników. Z perspektywy pszczelarza i lokalnej przyrody takie działanie ma ogromne znaczenie. Każde wykryte i zniszczone gniazdo pierwotne zmniejsza presję na pobliskie pasieki.
Jeśli zostanie to zrobione zanim wylatują z niego nowe królowe, efekt ochronny obejmuje znacznie szersze terytorium. Biolodzy z instytutów badawczych podkreślają, że profilaktyka w walce z gatunkami inwazyjnymi jest zawsze skuteczniejsza niż późniejsza likwidacja rozrośniętej populacji.
Tradycyjne metody i ich ograniczenia
W wielu europejskich regionach walka z azjatyckim szerszeniem opiera się na prostszych metodach. Stosuje się wiosenne pułapki na królowe, które po zimowaniu szukają miejsca na założenie gniazda, lub pułapki przy ulach przeznaczone do odłowu robotnic atakujących pszczoły.
Takie rozwiązania przynoszą pewien efekt, mają jednak również wady:
- łapią nie tylko szerszenie, ale też pożyteczne owady, w tym osy rodzimych gatunków, a nawet trzmiele
- często działają zbyt lokalnie — chronią pojedynczy ul, ale nie powstrzymują ekspansji całej populacji
- wymagają regularnej obsługi i uzupełniania, co pochłania dużo czasu, zwłaszcza przy większej liczbie uli
- nie zapewniają długoterminowego rozwiązania problemu gatunków inwazyjnych
- nie zapobiegają powstawaniu nowych gniazd w szerszej okolicy
- stanowią jedynie tymczasową ochronę bez systemowego wpływu na populację
Metoda ze szpiegowskim nadajnikiem i termowizją ma zupełnie inną logikę: nie skupia się na odłowie pojedynczych osobników, lecz na zlokalizowaniu i likwidacji całej kolonii. Dzięki temu liczba atakujących robotnic automatycznie spada, a pasieki odczuwają wyraźną ulgę. Eksperci z francuskich stowarzyszeń pszczelarskich oceniają tę metodę jako znacznie skuteczniejszą niż klasyczne pułapki.
Czy tę metodę można zastosować w Polsce
Azjatycki szerszeń jest już obecny w kilku sąsiednich krajach, a entomolodzy od dłuższego czasu ostrzegają, że jego pojawienie się w Polsce to kwestia czasu, a nie teoretyczne zagrożenie. Pojedyncze zgłoszenia podejrzanych owadów już się zdarzały, choć dotychczas nie potwierdzono stałej populacji na naszym terytorium.
Do skutecznego wdrożenia opisywanej metody potrzeba kilku elementów. Po pierwsze miniaturowego nadajnika radiowego z anteną i odbiornikiem, co łącznie kosztuje około piętnastu do dwudziestu tysięcy złotych. Po drugie lornetki lub kamery termowizyjnej, której cena waha się od trzydziestu do osiemdziesięciu tysięcy złotych w zależności od parametrów.
Po trzecie podstawowej wiedzy z zakresu biologii szerszeni oraz umiejętności bezpiecznego obchodzenia się z żywymi osobnikami. Po czwarte koordynacji z lokalnymi władzami, ponieważ likwidacja gniazd gatunków inwazyjnych często wymaga pozwolenia lub zgłoszenia.
Sprzęt nie jest tani, ale może być wykorzystywany przez całe lokalne zrzeszenie pszczelarzy lub nawet przez miejskie służby zajmujące się zwalczaniem gatunków inwazyjnych. Przy rosnącej presji na plony roślin wymagających zapylania takie inwestycje zaczynają wyglądać jak koszt profilaktyki, a nie fanaberia miłośników technologii.
Naukowcy z Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie oraz innych polskich uczelni rolniczych wskazują, że przygotowania na ewentualne pojawienie się azjatyckiego szerszenia powinny rozpocząć się już teraz, zanim gatunek w pełni się zadomowi. Doświadczenia z Francji, Hiszpanii i Belgii pokazują, że podejście reaktywne jest znacznie kosztowniejsze niż działania zapobiegawcze.
Pszczoły jako krytyczna infrastruktura dla rolnictwa
Historia francuskiego pszczelarza dobrze ilustruje, jak mocno los jednego gatunku owada wpływa na cały łańcuch zależności. Pszczoły miodne i dzikie zapylacze obsługują setki gatunków roślin — od sadów po uprawy warzyw i roślin oleistych. Bez ich pracy plony spadają, ceny żywności rosną, a rolnicy są zmuszeni szukać kosztownych alternatyw.
Dlatego coraz częściej pasieki traktuje się jak element infrastruktury, którą trzeba aktywnie chronić. Zagrożeń jest wiele: pestycydy, zmiany klimatyczne, choroby, a teraz również inwazyjne drapieżniki. Technologia, która jeszcze niedawno kojarzyła się głównie z przemysłem lub wojskiem, zaczyna trafiać w ręce pszczelarzy.
Dla polskich czytelników ta historia może być jednocześnie przestrogą i inspiracją. Jeśli azjatycki szerszeń na stałe zadomowi się w naszym kraju, warto mieć w zanadrzu sprawdzone już gdzie indziej rozwiązania. Warto też pamiętać, że każda pomoc zapylaczom — od sadzenia roślin miododajnych jak lawenda czy bazylia po ograniczenie chemii w ogrodzie — zmniejsza ryzyko, że kolejne zagrożenie przeważy szalę i pszczoły przestaną dawać sobie radę.

